wtorek, 7 sierpnia 2012

Czerwony


Ida siedziała jak zwykle w swoim pięknym fotelu w nowoczesnym mieszkaniu, w najmodniejszej dzielnicy jej miasta. Miała niezłą pracę, której nie znosiła. Choć sama w sobie nie była taka zła. Była dobrze płatna i to jej wystarczało. Była „dzieckiem wysokiej jakości”. Jedynym dzieckiem swoich rodziców, cudownym dzieckiem Wandy i Jonasza Piotrowskich. Pani doktor psychologii i prezesa banku. Od najmłodszych lat dostawała wszystko, co chciała, prywatne lekcje na skrzypcach, balet.
Jej dom rodzinny jak nie łatwo zgadnąć mieścił się w dzielnicy willowej na obrzeżach miasta. Problem z dojazdem, bo autobusy kursowały raz na godzinne, a po osiemnastej - wcale. „Ale, po co jeździć „dyliżansem”, jeżeli wszędzie zawiezie mnie tatuś”. – standardowe myślenie Idy.
Rodziców rzadko widywała, szczególnie przed ukończeniem szesnastki. Miała opiekunkę, panią Zosie. Była dla rodziców, praczką, sprzątaczką i kucharka. Pani Zosia, starsza kobieta, której nie było stać na wygórowane frykasy z renciny po mężu w wysokości pięciuset złotych. Tak, więc pani Zofia z pobliskiej wioski, codziennie rano przed godziną siódmą pukała już do drzwi państwa Piotrowskich, musiała przecież zrobić im śniadanie i poranną kawę.
            Pani Zosia ściągnęła swoje stare zabłocone buty przed wejściem, aby nie pobrudzić jasnych kafli na korytarzu. Położyła je przy drzwiach, zawiesiła swoją szarą kurtkę na wieszaku obok szafy i cichutko weszła do kuchni. Umyła ręce, nastawiła wodę w drogim ekspresie do kawy. Otworzyła lodówkę wyciągnęła jajka i inne składniki potrzebne do omletu. Zabrała się do pracy. Bardzo lubiła gotować, pomrukiwała sobie coś pod nosem. Przygotowane śniadanie postawiła na stole w jadalni, zaraz jednak zamknęła się w kuchni i zaczęła sprzątać najpierw tam, a potem korytarz.
            Wanda zeszła jak zwykle w szlafroku z lekko rozczochraną fryzurą stwarzała pozory miłej osoby. Nalała sobie kawy tempo patrząc przed siebie. Potem zjawił się pan domu ubrany w garnitur i różowawą koszulę lekko rozpięty pod szyją. Milczeli, on również nalał sobie kawy i nałożył omlet na talerz.
- Szpinak – skrzywił się.
To była ich cała rozmowa tego ranka. Wanda piła kawę, a Jonasz opychał się omletem wydłubując szpinak.
Pani Zosia siedziała w kuchni szorując mikrofalówkę, podejrzewając, że pan domu urządził sobie małą przekąskę nocną porą. Oczywiście nie posprzątał po sobie „no bo, po co?”
- Co za flejtuch – mruknęła pod nosem gosposia.
Rozległ się dźwięk kroków na korytarzu. Z za rogu wyjrzała ruda główka. Ida podbiegła do gosposi i wtuliła się w fartuch starszej pani.
Jonasz wstał od stołu przeszedł przez kuchnię wrzucił talerz do zlewu pogłaskał dziewczynkę po głowie i wyszedł bez słowa. Dźwięk drzwi, automatycznej bramy i samochodu w garażu. Ida stanęła na palcach machając swojemu tacie w nowym czarnym mercedesie.
Wanda wstała od stołu, poszła się ubrać jak zwykle w nie naganny strój, złapała kluczyki swoje Volvo ucałowała dziewczynkę, pożegnała się z gospodynią i wybiegła na podjazd i wyjechała do pracy.
Wanda była kiedyś dyrektorem w państwowej klinice, ale podpadła i wyrzucili ją. Co tu ukrywać? Była wredną jędzą. Jednak złego licho nie bierze szybko wykupiła udziały w prywatnej modnej klinice. Miejsce jej pracy było oddalone od banku o dwieście metrów, ale i tak jeździli osobno.
            Tymczasem pani Zosia walczyła z syfem państwa Piotrowskich. Najgorsza i tak zawsze była łazienka, do której nie dało się wejść bez maski gazowej. Potem koszule „pana” przecież same się nie uprasują.
Kiedy pani Zosia sprzątnęła cały dom zajmowała się obiadem, oczywiście dwu daniowym i deserem nigdy nie mogło być tego samego na obiad. Pani Wanda nie lubiła monotonni.
Karmiła Idę, zaraz przyjeżdżali państwo czyli około siedemnastej. Czasem się z nią witali a czasem nie. Wtedy pani Zosia szła do domu. I tak przez około dziesięć lat.





Ida siedział w swoim pięknym fotelu w nowoczesnym mieszkaniu, paląc kolejnego cienkiego papierosa. Makijaż miała lekko rozmazany, włosy w nieładzie. Podeszła do barku i nalała sobie Burbona, z powrotem usiadła sobie na w białym fotelu, spoglądają na mężczyznę w jej pięknym łóżku. Na jej zbrukane prześcieradło. Czekała aż się w końcu się obudzi. Była ciekawa co powie, zawsze spieszył się do żony i do dwójki swoich dzieci. Wychodził nocą gdy spała. Łukasz Wiśniewski menager firmy ubezpieczeniowej, miał zaledwie trzydzieści pięć lat. Rekin biznesu i ona Ida Piotrowska cudowne dziecko swoich rodziców absolwentka SGH w Warszawce, której nie znosiła zupełnie tak jak swojej pracy.
Poznali się własnie tam na uczelni, ona była prymuską, a on lowelasem. Początkowo nie zwracał na nią uwagi, ale jak zbliżła się sesja zawsze wiedział, gdzie ją znaleźć. Zbiegiem semestrów poznali się bardzo blisko, po pewnej imprezie w jednym ze studenckich klubów, wylądowali w łóżku i tak już zostało. Byli razem i nie byli. Na czwartym roku pokłócili się. Ida myślała już o temacie pracy magisterskiej. A  Łukasz balował ile się dało i wpadł z dziewczyną z SGGW, Natalią z pod Warszawskiej wsi, która studiował tylko dzięki stypendium. Poczuł się do odpowiedzialności i zaraz po obronie, ożenił się z Natalią. Urodził się im syn, Robert. Łukasz uwielbiał tego dzieciaka. Żonę już mniej, ale zaraz potem urodziła im się Klaudia, czyli szanowna małżonka nie była taka zła. „Głupia krowa” jak nazywał ją Łukasz, niebyła taka najgorsza mimo dziecka skończyła studia z niezłym wynikiem, ale i tak stała się kurą domową, pogrążoną w pieluchach smutną dziewczyna z marzeniami, o karierze.
            Ida wypiła kolejny łyk z alkoholu dochodziła dziewiąta. Znudzona czekaniem i nie przyzwyczajona obecnością mężczyzny w swoim pięknym mieszkaniu, gdzie pozwała wchodzić swojemu ojcu, panu od kablówki i jemu od czasu do czasu. Rozkręciła radio w którym leciał jakaś melodia wiercąca mózg.
- Wstawaj aniele! – mruknęła ściągając z niego kołdrę z petem w zębach i szklanką Burbona w lewej ręce.
Świeciły gołe pośladki, Łukasz usiadł na łóżku.
- Którą mamy godzinę? – zapytał przecierając twarz.
- Dziewiąta. – powiedziała. – Kawy.
- Chętnie.
- Tam jest ekspres. – mruknęła siadając do laptopa. 
Łukasz podszedł do niej chcąc ucałować ją w szyje. Odsunęła się.
- Czy żona wie, gdzie moczyłeś ogórka? – zapytała.
- Kurwa mać Ida! – warknął. Czy ty zawsze musisz wszystko psuć?!
- Ja? – zaśmiała się.
- Natalia z dzieciakami jest u swoich rodziców. – powiedział szukając swoich majtek.
- Aha… - mruknęła. – Ubierz się i wyjdź nie mam dziś zbyt wiele czasu. Nie zapomnij umyć kubka. Nie jestem twoją żoną. – dodała idą w stronę łazienki.
- Ależ kotku, mam teraz dużo wolnego czasu… możemy porobić dużo fajnych rzeczy…
- Nie będę bawić się z tobą w dom. – mruknęła zamknęła zamykając drzwi. – Żegnam.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz